Tatry wciąż piękne są, ale wstawaj raniutko i za żadne skarby nie pij wody ze strumienia

Kurtkę przeciwdeszczową zawsze wkładaj do plecaka

Czyli opowieść o wejściu na Kasprowy w mżawce. A miało oczywiście być słonecznie – przynajmniej wg kilku prognoz. To tylko pokazuje, jak bardzo nieprzewidywalna jest pogoda w górach. 

Zaletą dla fotografa są oczywiście: urocze kropelki wody/rosy na wszystkim, wspaniałe światło – miękkie i zostawiające wszystkie kolory nasycone. Wadą, że aparat trzeba trzymać pod kapturem 🙂

Samo wejście na Kasprowy było bardzo przyjemne, zejście przez Dolinę Gąsienicową również. Ludzi mało, bo na trasie byliśmy już o 7:45. Oczywiście im później, tym turystów więcej, ale trzeba przyznać, że jak na pierwszy dzień – super przetarcie nóg. Solidne 20 km zrobione.

W mżawce Tatry pachną jeszcze mocniej – mokra kosodrzewina, śliskie kamienie, para z ust i to mięciutkie światło, które robi robotę lepiej niż jakikolwiek preset. Spokojne tempo, równe kroki, zero napinki. Tak lubię. No i dzięki pogodzie, dało się ustawić 2-3 sekundy naświetlania przy kilku mijanych wodospadach 🙂

Po bułki jak to w górach – czasem w dół, czasem w górę

W tym roku kwaterę mieliśmy na Gubałówce, co oznaczało dwie wspaniałe rzeczy – z łóżka i tarasu mogliśmy gapić się od rana do wieczora na panoramę Tatr, a „po bułki”, czyli do Zakopanego do sklepu, trzeba było zejść solidne 1,5 km w dół po stromej łące, a potem tamtędy wrócić. Workout jak znalazł.

Takich dni, gdy nie szliśmy w góry, a robiliśmy „miejskie” 10 km+, było kilka. Między jednym a drugim deszczem, z kawą na wynos, szybkim zahaczeniem o Krupówki (upewnić się, że naprawdę tej wersji Zakopanego i Tatr nie chcemy doświadczać) z krótkimi przystankami na „o, zobacz jaki widok”.

(Ł)owce o 6 rano, czyli baca Tomek urzęduje pod oknem 🙂

Kolejną zaletą tegorocznej kwatery była pobliska łąka (czy właściwie regiel), na której baca Tomek pasł i doił swoje 250–300 owiec. Na koniec zresztą skorzystaliśmy z jego produkcji i do Warszawy zabraliśmy najtańsze i najlepsze oscypki ever.

Owce tu szczęśliwe, łąki piękne, a Baca – jak widać – też pogodny i przyjazny. Gaduła tylko, nie można było za szybko myknąć z zakupów do domu, a „synkowie”, czyli owczarki, dbały o to, żeby za szybko obok nie przebiec 🙂

Dym z watry, zapach sera, dzwonki gdzieś z góry – jak w filmie. Takie rzeczy robią klimat bardziej niż jakikolwiek „punkt widokowy”. Polubiłem to sąsiedztwo.

Nigdy, ale to nigdy nie pij ze strumienia, czyli nocne spotkanie z „Egzorcystą”

Nasze drugie „duże” wyjście w góry to planowana na dzień z dobrą pogodą trasa z Polany Białczańskiej do Doliny Pięciu Stawów, skąd żółtym na Krzyżne, a potem już przez Gęsią Szyję i Rusinową Polanę powrót do samochodu. Nie była to łatwa trasa, ale te widoki – sami zobaczycie w galerii poniżej – nie ma chyba lepszych w całych Tatrach. Cud, miód i Nikkor 35 mm 🙂

Jedyna „przygoda” – jak się okazało dokładnie w nocy – to wbrew temu, co się czasem słyszy, napiłem się krystalicznej i pysznej wody ze strumienia w drodze na Gęsią Szyję, czyli już po drodze do domu. Co się w nocy działo, nie będę dokładnie opowiadał, ale kto widział „Egzorcystę”, ten mniej więcej wie…

Masakra i nauczka na przyszłość. Woda w górach może wyglądać jak z reklamy, ale zwierzęta i diabeł wie co jeszcze – robią swoje – nie warto ryzykować. Tabletki/filtr do oczyszczania wody na wszelki wypadek bedę miał następnym razem.

Sama trasa – polecam, ciężka ale zjawiskowo przepiękna i na koniec naprawdę dająca sporo satyskacji. Prawie 24km, prawie 2000m przewyższeń, na parkingu przy samochodzie – byliśmy zmęczeni ale też dumni z wykonu 🙂 Ten dzień zapamiętam na długo. A zdjęcia na szczęście oddają trochę klimat tego dnia.

Podsumowując

  • Tatry piękne są. One się nie zmieniają – nikt tu na szczęście nie asfaltuje niczego, nie kładzie kostki brukowej. Przyroda jest ciągle zjawiskowa, a podejścia, jak wymagające były, tak są i dzisiaj. A widoki zapierające dech w piersiach – rekompensują wszystko, zmęczenie, ból kolan, odciski 🙂
  • Fajnie mi się fotografowało prawdziwym aparatem, a nie iPhonem jak ostatnio niemal zawsze. To jest od razu inna kategoria przeżycia. Podobało mi się. Nikon Z6II + Nikkor 35 mm dały radę, a nawet powiem, że bardzo dobrze się spisały. 
  • Wracamy za rok. Tatry są trochę jak narkotyk 🙂